Sesja w górach z owcami

Pieniny

Mówią, że szewc bez butów chodzi – ale ta zasada nie tyczy się chyba fotografów ;). Bardzo trafne w mojej profesji  jest jednak inne powiedzenie – wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma – a dla potwierdzenia tejże zasady mając tuż pod nosem urokliwe plaże zapragnęłam zrealizować swoją sesję poślubną… w górach :D.

Wybrałam wspaniałych fotografów, którzy od lat inspirują mnie do tworzenia. Przyjechaliśmy z Mężem do ich rodzinnej miejscowości – Szczawnicy.

Ślub braliśmy w maju w klimacie pastelowym – dlatego tym razem miałam ochotę na coś odmiennego. Zamarzyłam sobie bukiet z lekkich traw, z piórami i mocnym akcentem bordo. Kwiaciarka odwzorowała moje oczekiwania w 100%. Sesja wyszła wspaniale, zupełnie tak jak sobie wymarzyłam. Byłam jednak dość skrępowana przed obiektywem (po raz drugi w życiu stałam po drugiej stronie aparatu, nie zazdroszczę Wam pozowania ;)) i nie zrealizowałam wszystkich pomysłów. Miałam w sobie pragnienie zrobienia jeszcze kilku ujęć z totalną powagą, jak z modowego magazynu ;). A przed kim czułabym się swobodniej, jeśli nie przed własnym Mężem ;)? Namówiłam go więc na kolejną sesję dnia następnego naszej wycieczki, tym razem z nieco innym zadaniem ;). Szukając odpowiedniego miejsca trafiliśmy na ciekawą polanę z małym domkiem przypominającym ruinę. Wiedziałam już, że to musi być tu! Wróciliśmy więc o zachodzie słońca.

Wyobraźcie sobie nasze zdziwienie, gdy na naszą upatrzoną polanę wbiegło nagle stado owiec! Poleciałam szybko do bacy, żeby spytać, czy możemy porobić zdjęcia :D. Oczywiście zgodził się, a ja czym prędzej zaczęłam się zaprzyjaźniać ze zwierzakami :D. Były przesłodkie, skubały nieśmiało mój bukiet, suknię i pozowały lepiej niż ja :D. Na niektórych zdjęciach zobaczycie, ile z nich jednocześnie patrzy prosto w obiektyw! Inne patrzyły na mnie, jakbym była przywódcą stada :D. Było prześmiesznie, mój Mąż spisał się w roli fotografa (ustawiam mu aparat i daję wskazówki kadru, radzi sobie bardzo dobrze :D), pies pilnujący owiec tak nas polubił że na koniec odprowadził nas do domu lekceważąc swoje nadrzędne zadanie : D a ja mam pamiątkę o jakiej nawet nie marzyłam.

Swoją drogą – w Pieninach też da się zmęczyć na szlaku górskim, polecam!